Tutaj jeszcze śpiewa słowik

Od kilku nocy słyszę za oknem śpiew słowika. Dobiega z łąki tuż za naszym domem i jest zjawiskowy – jedyny w swoim rodzaju, absolutny numer jeden w moim rankingu ptasich koncertów.

Jedyne, czego się obawiam, to że słowik nagle zamilknie – że spotka go jakiś dramat z racji tak bliskiego sąsiedztwa ludzkich osiedli.

Mieszkam przecież na jednym z nich, w dodatku rozbudowującym się coraz bardziej. Kiedyś były tu rozległe łąki, dziś został skrawek z dzikimi drzewami i krzewami. Ten skrawek wciąż cieszy nasze oczy, a uszy raduje słowiczymi koncertami. Dopóki nie pojawi się deweloper.

Tym ponurzej pobrzmiewa w pamięci prasowa wiadomość sprzed dosłownie kilku dni: pewien deweloper z Legionowa na działce, którą właśnie zabudowuje, powyrywał stare dęby – mimo że nie uzyskał na to zgody lokalnego urzędu. Wywołał tym medialną burzę, zapewne chwilową. Burza wkrótce ucichnie, deweloper postawi domy na wybetonowanym terenie i nazwie kolejne osiedle „Dąbrowa”, „Dębowe Zacisze” albo „Śpiew Słowika”. Takie „ostoje natury” widuję w podwarszawskich sypialniach nieustannie – tam, gdzie króluje betonoza. Mikrotrawniczki i rachityczne, ledwie widoczne drzewka, upchane gdzieś na krańcach parkingów, mają imitować zieleń albo nawiązywać do pięknie brzmiącej, marketingowej nazwy osiedla.

Nie brakuje też obrońców takich praktyk: bo ludzie muszą gdzieś mieszkać, bo drzewa przeszkadzają – zaśmiecają okolicę liśćmi, stwarzają zagrożenie dla kierowców. Te argumenty zdają się usprawiedliwiać betonozę i niechęć do wszystkiego, co jeszcze żyje – i co stwarza człowiekowi problem. Człowiek chce przestrzeni, w której najlepiej czuje się sam.

Mądre podążanie za tym, co już jest

A przecież nie musi tak być. W wielu miejscach na świecie zastane, zdrowe drzewo nie jest przeszkodą, lecz punktem wyjścia. Architekci projektują budynki wokół niego – z wycięciami w tarasach, wewnętrznymi dziedzińcami, podniesionymi fundamentami, tak by korzenie miały oddech, a stary pień stał się sercem osiedla, nie jego ofiarą. Bywa to nazywane zasadą „forma podąża za tym, co już jest” – odwróceniem odruchu, który każe najpierw zrównać teren z ziemią, a dopiero potem wtykać rachityczne drzewka na pamiątkę.

Tam, gdzie drzewa naprawdę nie da się ocalić w miejscu, można je przesadzić. Brzmi to jak fanaberia, a jest sprawdzoną praktyką – specjalne maszyny i dźwigi przenoszą dziś okazy kilkunastometrowe, z całą bryłą korzeniową. Owszem, kosztuje to od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Tyle że dorosłe drzewo co roku oddaje nam coś, czego żadna kostka brukowa nie odda: cień, chłód, czystsze powietrze, zatrzymaną wodę, schronienie dla ptaków. Młoda sadzonka będzie to spłacać przez dziesięciolecia. W skali życia dębu, który potrafi rosnąć setki lat, koszt przeprowadzki okazuje się drobnym wydatkiem – a wycinka jednodniowym zyskiem, okupionym stratą nie do odkupienia.

Czy taka ma być nasza przyszłość – krajobraz jak scenografia z filmu postapokaliptycznego? Nie chcę jej dożyć. Wolę co wieczór uchylać okno i nasłuchiwać, dopóki jest jeszcze komu śpiewać. Bo głos słowika znaczy dla mnie więcej niż luksus, który osacza i powoli odbiera nam to, czym żywią się zmysły.
Niedawno byliśmy w okolicach Poznania, dokąd wybraliśmy się na nocną wyprawę z Leśnym Wędrowcem właśnie po to, by posłuchać słowika. To też było niezapomniane przeżycie: w zupełnej ciszy, ukryci w ambonie myśliwskiej, chłonęliśmy ten cudowny śpiew. Tym bardziej doceniam, że teraz mam taki koncert za oknem każdego wieczora. To dar natury.

Burza wokół wyrwanych dębów ucichnie szybciej niż słowik za moim oknem. Może właśnie dlatego co wieczór uchylam okno – żeby usłyszeć, że jeszcze jest. Mimo wszystko.

Zoja Żak

Podobne wpisy